Cześć!

Opowiem odrobinę o naszej pierwszej wyprawie. Wyprawie w Góry Sowie, wejść na spokojnie na Kalenicę i zobaczyć śnieg! Ten jeden jedyny raz w 2020 roku (jak do tej pory).

15 lutego roku 2020 uznałam, że Luna jest na tyle ogarnięta, że może z nami pojechać w góry! Wybrałam Kalenicę, niska góra, w miarę blisko, znalazłam gdzieś na blogach informację, że jest tam śnieg! No to już! Korzystając z pomocy zaplanowałam wycieczkę.

Pojechaliśmy pełnym autem, nasz trójka i dwójka znajomych. Dość długa trasa w klatce, w bagażniku, a potem szok. Nie dom, nie moje rodzinne okolice, tutaj nigdy nie byłyśmy = podniecenie!

I tutaj mała przestroga, nigdy nie słuchajcie nikogo bez map! Ja posłuchałam i poszliśmy w prawo, pod górkę, i wiecie co? Kalenica była w lewo. Dokładnie tak, ale znaki na drzewach powiedziały nam o tym odrobinę za późno. Tak więc, na pierwszy rzut poszła…WIELKA SOWA.

Trasę wybrałam łatwą, czerwoną, tak jak przeczytałam na tamtym blogu, nie pamiętam tylko, na którym… W każdym razie! Jak na pierwszy wyjazd przygotowałam się nawet dobrze, żeby nie powiedzieć: za dobrze. Oprócz klasycznie jedzenia i ciepłej herbaty wzięłam też spersonalizowaną pod nasze potrzeby apteczkę, druga oczywiście, klasyczna w samochodzie. Do tego derka (zdjęcie) i płaszcz przeciwdeszczowy, a w samochodzie kolejna bluza… dla psa. Dla ludzi w samochodzie czekały zapasowe skarpety (w plecakach też) i duży termos z ciepłą herbatą! Do tego w plecaku zapasowa smycz i obroża, bo wiadomo, tak na wszelki wypadek.. i 1,5 l wody mineralnej, która w środku zimy była zbędna… zadowoliliśmy się herbatką.

Z domy wyjechaliśmy ok 6 i na miejsce dojechaliśmy po 8. Autko zostawione na parkingu przy schronisku (chyba nieczynnym?). Na szczyt szliśmy sobie powolutku, ciesząc się z zamglonymi widokami i śmiejąc z bałwana widmo! Schodząc okazało się, że był to po prostu bałwan na środku polany. Na szczyt doszliśmy około południa, więc był to idealny czas na przerwę! Z plecaka wyciągnęłam mokrą dla psa i zimne tosty dla nas, czyżby kolejna cudowna decyzja?

Z plusów, idąc w górę nie mijaliśmy za dużo ludzi, szliśmy w sumie za grupą młodzieży, jak się okazało także z naszego regionu! Ależ ten świat jest mały! Byłam pod wrażeniem, bo nasz pies w górach odnalazł się świetnie. Wąchała sobie spokojnie i szła przed siebie. Na moje nieszczęście, Luna nie ciągnie, więc nie miałam tego cudownego wsparcia podczas wyprawy.

Schodząc w dół nie było już tak przyjemnie, jako totalnie początkująca osoba nie wpadłam na pomysł, że jest więcej niż jedna trasa, a co za tym idzie? Zeszłam tym samym szlakiem. Chociaż i tutaj nie obyło się bez „tędy!” i oczywiście, nie było tamtędy, a mówiłam, że coś mi tam nie pasuje, ale no, co ja tam wiem? Zawróciliśmy i weszliśmy na dobry szlak.

Idąc w dół minęliśmy jednak sporo rodzin z krzyczącymi dziećmi! Psami bez smyczy i ogólnie ludzi mających innych w głębokim poważaniu… a miałam odrobinę nadziei, że może w górach będzie inaczej.

Po zejściu było już bardzo dużo samochodów i szykujących się do wchodzenia rodzin. Spokojnej drogi!

Zdecydowanie wybieram poranne wejścia. Szczególnie, że podczas ostatnich etapów schodzenia, Luna zrobiła się nieco rozdrażniona ze zmęczenia!

Pozdrawiam!