Cześć!

Siódmego kwietnia 2019 roku we Wrocławiu odbyły się PupiLove Targi, na które pojechałam, wydać ciężko zarobione pieniądze. Tam o raz kolejny zobaczyłam te fioletowe okręgi, które już długo siedziały mi w głowie i bardzo kusiły.

Pullery, bo to o nich mówiłam o nich już tak długo, że pies zdążył mi się znudzić! Obserwowałam je wszędzie gdzie się dało, pytałam o opinie, bo będąc szczerym? Te dziurawe kółka pokazywane mi w social mediach nie zachęcały, obawiałam się, że tak droga zabawka, wyglądająca tak delikatnie szybko straci życie po spotkaniu z kłami Luny.

No nic, nadeszły kolejne targi, jakie odwiedziłam. Podeszłam do stoiska z pullerami, znowu. Po raz kolejny je macam, rozmawiam z przemiłą Panią z obsługi, dziękuję i odchodzę. Podchodzę ponownie i zaczynam rozmowę z babeczką, która kupuje, kupuje kolejne, dla innego psa. Jest nimi zachwycona! No i nie pozostało mi nic innego jak wyciągnąć gotówkę i zapłacić.

Nasze pullery są w rozmiarze standard. Wracając zastanawiałam się jak je wykorzystać? W końcu psa ze smyczy nie spuszczę (jest początek kwietnia… minęło lekko ponad pół roku, a miesiąc wcześniej zafundowałam jej weterynaryjny koszmar – kastracja), o tak dużym zaufaniu nie było mowy. Te niepozorne okręgi okazały się genialnym narzędziem! Nie tylko w nauce przywołania i tego, że blisko nas jest super, ale szarpania się z psem nie skutkowało przypadkowymi pogryzieniami! Pływanie też jakoś tak łatwiej nam poszło, a na wyjazdy zazwyczaj pakuję minimum jeden z nich.

No to może po kolei?

Nauka przywołania w naszym przypadku łączyło się z wyłapaniem momentu zawrócenia się na lince i dokładnie w tym momencie zawołaniu Luny. Oczywiście, nauka tej magicznej czynności trwała na wielu płaszczyznach i nadal są momenty, kiedy wyłącza się mózg, ale po niedawno odbytej konsultacji z behawiorystą poznałam nową metodę na jeszcze przyspieszenie, ale oby niebawem pozostanie mózgu tam gdzie jego miejsce, w głowie.

Szarpanie bez pogryzień rąk też okazało się całkiem przyjemną czynnością. W chwili obecnej nieważne jakie zabawki szarpiemy, długie, krótkie, szerokie, czy wąskie i nieważne w jakim kształcie! Luna potrafi kontrolować się i nie łapać jak leci, a celować w miejsca, gdzie nie ma naszej skóry!

Z pływaniem było najwięcej roboty. Ogólnie to koniec suchego dna był dla nas nie do przejścia. Stopniowo powolutku moczyła łapki, a raczej poduszki. Już ładnie biegała po wodzie, gdy pewnego razu po prostu…. Skończyło się jej dno pod łapami! Było plusk i od nowa bawić się z wodą. Gdy zaczęłam korzystać z pullerów to jakoś tak stopniowo, pozwoliła sobie zmoczyć brzuch… grzbiet. Jednak zawsze musiała czuć dno pod łapami. Pewnego dnia pojechałam z zaprzyjaźnionymi psami i za jednym z nich po prostu zaczęła pływać! Niestety, nie potrafiła podnieść grzbietu, a łapami machała bardzo zamaszyście. Następnego dnia za ciosem wzięłam pullery, psa, Sylwka i pojechałam, to był bardzo dobry ruch! Pływający przed nią puller blokował jej łapy, przez co zaczęła ładnie pracować nimi pod wodą, a tym samym (chyba, a w każdym razie tak to zadziałało) podniosła grzbiet. W chwili obecnej gdy tylko pojawia się woda w zasięgu smyczy musi w niej się zmoczyć, chwilę popływać, schłodzić i dopiero wtedy można iść do przodu.

Na zakończenie, nie wyobrażam sobie w tym momencie, żeby w zestawie „pod ręką” nie mieć pullerów. Są to bardzo uniwersalne zabawki dla nas.