Cześć!

Początek to idealny czas, aby opowiedzieć wam moją historię. Cofnijmy się do połowy lat 90’ kiedy to po raz pierwszy wykrzyczałam „Mamo! Ja chcę pieska!”, oczywiście jak można się tego spodziewać usłyszałam: „nie ma mowy”.

Pierwszym psem z jakim miałam do czynienia był mieszaniec u dziadków, byłam mała, a on szybko znikł. Chwilę później kupiliśmy dziadkom jamnika. Był tak mały, że mieścił się w moich rączkach! Pamiętam, że miałam wtedy taką bluzę polarową z dużą kieszenią na środku, oczywiście przez pół dnia nosiłam tego biednego szczeniaka w tej kieszeni. Jako, że była to sobota, to odbywało się nasze spotkanie rodzinne, gdzie chwaliłam się, że jednak „MAMA KUPIŁA MI PIESKA!”, a guzik. Pies był dla babci, ale był mój. Klasyka. Lubił jak go głaskałam, ale to za dziadkiem dreptał krok w krok, chyba że babcia wołała go do miski. Tak więc… piesek przestał być „mój”.

Trochę później usłyszałam argument, że nie mamy domu z ogrodem, a pies to tylko w domu z ogrodem i nie udało mi się jej przekonać jakże solidnym argumentem, że „przecież mamy balkon, a to taki prawie ogród”. Gdy to się nie udało, wpadłam na genialny pomysł! Jeżeli w domu będzie pełno figurek piesków, to mama się do nich przyzwyczai i kupi mi pieska. Były w całym moim pokoju, tak, że gdy tylko otwierało się drzwi było widać PSY! Taka ukryta aluzja. Nie pomogła. Za to… wiecie jak długo ścierało się kurz?

Później, już jako rozumne dziecko, wiedziałam, że mam alergię, że to dla mojego zdrowia… nie przekonało mnie to. W końcu miałam kontakt z jamnikiem babci i nie tylko! To koty mnie uczulały, albo króliki, albo chomiki, nieważne co, ale nie pieski. To także jej nie przekonało.

Kilka lat później, miałam przez pół roku wyprowadzać psa jej koleżanki. I wiecie co? Robiłam to rok dłużej niż umowa zakładała, nieważne jaka pogoda, słońce, czy deszcz, sobota, czy niedziela. Przez chwilę było to bardzo blisko. Już prawie przekonałam tatę, „a może takiego Pimpka byśmy wzięli?”. Oczywiście! Nie ma problemu! Damy mu na imię Pimpek! To kiedy jedziemy? Wtedy do kuchni weszła mama…. „nie ma mowy” i tak skończył się ten temat… w tym czasie przyjaciółka dostała ten sam warunek i wiecie co? Po miesiącu rodzice kupili jej pieska w typie yorka. Sprawiedliwość to żadna, ale cóż. Miała dom z ogrodem.

Miałam już prawie 16 lat i wiecie co usłyszałam? Zaraz się wyprowadzę do szkoły, to kto się będzie tym psem zajmował? Na to nie miałam odpowiedzi.

Czekałam.

Pierwsza praca, już miałam w budżecie miejsce na pieska, a przynajmniej tak mi się wydawało, znalazłam ładny domek z ogrodem… i wiecie co? Właścicielka nie zgadzała się na zwierzęta, bywa.

W 2018 roku z nalazłam nową pracę, przeprowadziliśmy z narzeczonym do jego rodzinnego domu. Tam spotkałam Lunę. Długo się nad tym zastanawialiśmy, rozmawialiśmy o tym, pojechaliśmy na wakacje, ciągle o niej myślałam, nie mogłam tak… no nie i tyle… ale rasowy miał być. Dobra! Weźmiemy ją, a potem rasowego. Tak, z decyzji o psie, zrobiła się decyzja o psach.

Wzięłam Lunę, zaczęłam pracować z nią, nad nią samą. Na jednym z pierwszych naszych spacerów towarzyszyła mi  bratanica Sylwka, która zdradziła mi, że próbuje wyprosić swoją mamę o pieska. I wiecie co? Wtedy w końcu to mnie uderzyło. Zrozumiałam, dlaczego całe życie słyszałam „nie” i SZCZERZE, przyznałam mojej mamie rację, ale nie powiem tego głośno. Zrozumiałam, że ten pies byłby jej obowiązkiem, to ona musiałaby pilnować, czy ten pies ma co jeść, czy wyszedł na spacery, kiedy są szczepienia, a co jak zachoruje? Kto go nauczy czystości i tak dalej… Dotarło to do mnie w tamtej krótkiej chwili.

Od tego momentu uważam, że chociaż żywiłam ogromny żal do rodziców o brak psa, to zrobili dobrze. Nie byłabym dobrą właścicielką, a właściwie nie byłabym nią w ogóle. Pies to odpowiedzialność, a dziecko nie jest odpowiedzialne. Wróćmy na chwilę do tamtego „yorka”, o którym pisałam wcześniej. Wiecie jak szybko usłyszałam, że nie chce jej się wychodzić rano z psem? To był moment, w którym doszło do jednej z poważniejszych naszych kłótni, w końcu ona dostała to o czym ja tak bardzo marzyłam, tak długo! I nie była w stanie tego docenić! Teraz jestem pewna, że ze mną byłoby dokładnie tak samo. Gdyby okazało się, że spacer na poranne siku nie jest fascynujący, bo bądźmy szczerzy rzadko kiedy jest, na pewno bym się znudziła i padłoby „nie chce mi się” i na spacer musiałaby wyjść mama. Tak więc, po 20 latach mogę powiedzieć, że moja mama miała rację nie kupując mi psa.